Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


29.07.2014

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY 34


czyli: co się dzieje, jak kobiety robią szum?

Gdańsk, piątek 25.07. 2014r godz. 20:50 dworzec PKS. 

Wyłoniłam się z PolskiegoBusa i powitały mnie entuzjastyczne okrzyki i ramiona przyjaciół (już przyjaciół) z Gdańska, chyba jeszcze nigdzie nigdy nikt mnie tak nie witał :) Przekrzykiwania, opowieści, relacja z podróży, najpierw zabrali mi torbę potem zabrali mnie. Ciepły wieczór, cudni ludzie, spacer z dworca na starówkę. Potem chwila w hotelu i dalej dalej, na Piwną, stolik w knajpie, do Basi, Lenki, Andrzeja i mnie dojeżdża w końcu Ewka i już można gadać o wszystkim, o tym co u kogo, kto z kim, jak komu i co się działo przez te pół roku, bo tyle czasu minęło od ostatniego spotkania. Gadaniu nie ma konca, jestem szczęśliwa, ze ich widzę, że w końcu mamy czas, do późna w noc.

Gdańsk, sobota 26.07.2014 Hotel Wolne Miasto i wolne miasto

Jest 9:00, śniadanie do 10:00 więc szybki prysznic i śmigam, siadam przy stole i jakoś mi dziwnie, już wiem dlaczego - pierwszy raz na wyjeździe nie jem śniadania z Dorotką, ale myślę o niej wsuwając jajecznicę. Kończe, wyłażę na miasto, zaczyna padać (mam kurtkę przeciwdeszczową), niezrażona łażę po Jarmarku Dominikańskim, gdzie przyłapuje Zagłobę na gorącym uczynku z szabelką, fajne baby i kaszubskie ruchanki.
Pani z budki profesjonalnie czyści mi okulary, które wytrzymują jakieś 3 minuty na deszczu, po czym znów domagają się wycieraczek :) Wracam na chwilę do hotelu, dzwonię do Dorotki, opowiadam o śniadaniu i o wszystkim, więc jest tak, jakby ze mną tu była. No dobra, prawie.

Gdańsk, sobota 26.07.2014 Gdańska Galeria Miejska Im. Guntera Grassa.

Godzina 12:00, poznaję fantastyczne dziewczyny: Monikę, Ewelinę, Natalię i Iwonę, robimy próbę, burza mózgów, burza bab z pomysłami i już jestem pewna, że się uda, bo w takiej ekipie musi się udać, nie ma wyjścia. Po dwóch godzinach już wiemy co wiemy i wiemy, czego nie wiemy, czyli jest tak, jak powinno być. Mam plan iść zwiedzać, ale tak leje, że mokra jak ściera docieram do hotelu suszę się i zasypiam.

Gdańsk, sobota 26.07.2014 Gdańska Galeria Miejska Im. Guntera Grassa.

Godzina 18:30, my w pełnej gotowości, rozstawiamy sprzęt, dokonujemy ostatnich ustaleń, biegamy z krzesłami, nożyczkami, Uroczy technik Konrad dokonuje cudów realizując nasze pomysły. Wydaje nam się, że mamy mnóstwo czasu - czas się kurczy, więc go gonimy, Baśka znosi rekwizyty do kolażu, Ewelina na boso biega i recytuje, Iwona i ja snujemy się pod nogami, w końcu targamy rower stacjonarny, ustawiamy krzesła. Poznaje Martę, która wpada i ratuje nas białym winem, jak dobry anioł, Ewa ze stoickim spokojem ogarnia nasze schizy, pokazuje jak się skupić i się nagle wszystko składa, działa, brzmi z echem i z przytupem. Trema gdzieś się ulatnia, już możemy ruszać, pod nogami plącze się cudny Ramuś.. Ludzie na zewnątrz czekają.

Gdańsk, sobota 26.07.2014 Gdańska Galeria Miejska Im. Guntera Grassa.

Godzina 20:45. Ruszamy, Monia zaczyna, rozkręca się, idzie dobrze, działamy jak jeden wielki organizm, jedna reaguje na drugą, wciągamy ludzi w robienie kolażu, siedzą, kleją, rysują, wycinają, w tym czasie ktoś zasuwa na rowerze stacjonarnym, czytamy, łazimy, wkurzamy publikę, która nie ma spokoju. Iwona z Eweliną czyli Herta i Wiśka narzucają tempo, dzieje się samo, odgadujemy się bez słów. Wszystko idzie zgodnie z planem, uzupełniamy się doskonale. Publika się włącza, nie trzeba nikogo namawiać, sami idą, kleją, tworzą. Potem gra Natalia, gra magicznie, tworzy niesamowity nastrój, już nie ma szaleństwa, jest chwila na refleksję,ciszę. Ludzie słuchają. Kończymy. Marta i wino, miotły, zbieranie chaosu, w tym czasie część ekipy idzie szukać miejsca w knajpie. Kończymy porządki, wypijamy do końca wino, zbieramy ekipę i idziemy tam, gdzie na nas czekają.

Gdańsk, sobota 26.07.2014 pub Szafa

Istne szaleństwo, w końcu mogę uściskać Dominikę i Marcina, truć im tyłek co słychać i prowadzić przesłuchanie :) Poznaję w końcu Dawida, z którym znamy się z wierszy i Facebooka, skaczę w obcasach i kiecce przez płot, usiłuję być ze wszystkimi, Kasia trochę przerażona nie zna nas, więc spogląda jak na kosmitów. Sławek próbuje zgrać tę całą bandę.Tańczę z Ewą i Jaromirem, Basia pilnuje, żeby mi do końca nie odbiło :) Darek wróży mi z ręki :) Znów cudny gwar, każdy gada z każdym, przekrzykujemy się, jeden przez drugiego opowiada co słychać, głosy się mieszają, śmiech dźwięczy. Dostajemy w prezencie fajerwerki i jest pięknie i jest tak, jak powinno być. Andrzej jak zawsze praktyczny próbuje nas ogarnąć, ale średnio się to udaje :) Nad ranem z Basią, wyciągamy chłopaków na spacer po Gdańsku, jakiego nie znałam. Magiczne chwile i magiczne miejsca. Dziękuję :)

Gdańsk, niedziela 27.07.2014

Zasypiam na PolskiBus i ląduję u Lenki na śniadaniu i kawie. Milenka rysuje dla mnie cuda, gadamy do upadłego, Miśka pokazuje swoje cudne rysunki, aż czas na dworzec, kupuję bilet i okazuje się, że nie ma już miejscówek. Jadę 4 godziny w korytarzu, w 30 stopniach czytając Murakamiego na zmianę z Elewatorem, młody chłopak siedzący na torbie częstuje mnie śliwkami od mamy. Dobre śliwki, dobre otwarte okna pociągu. Gość obok mnie czyta Świetlickiego, posyłam mu porozumiewawczy uśmiech. O 17:02 ląduje w Poznaniu, wykończona, ale szczęśliwa. Człapię na tramwaj, z tramwaju do domu. W międzyczasie opisuję smsem wszystko pewnemu przystojniakowi :) Ziomka raczy mnie obiadem, zasypiam na siedząco.

Kochani, co tu dużo gadać, jestem z Gdańska! :)




18.07.2014

trzy wiersze o odchodzeniu


KRYSTYNA MIŁOBĘDZKA - DO DRUGIEGO PRZED SIEBIE IDĘ

idę a nie ma przyjścia. Znowu idę do was wierzę gdzie się spotkamy, gdzie
nam się spotka, gdzie nas wszystkich. Muśnięcia bez śladu, ta lekkość
ze światem ta światowość bycia krwiodawców krwiopijców. I tak was nie
owinę wokół siebie ani z siebie tyle wyjdę żeby kołem. Wy moi daleko
pochwyceni w to samo co mnie krąży.


JERZY JARNIEWICZ - WIERSZ ORZEKAJĄCY

skoro pytasz
pewnie wiesz

a jak tak
to odpowiedzi nie będzie

nie ty jeden
najadłeś się strachu

teraz czas
na przeżucie

bez pytań
to jest

w pojedynkę
we dwoje

otwartych jak strach
oczu


MARCIN ŚWIETLICKI - USUWANIE

Usunąć wszystkie niedopałki
po papierosach ulubionej marki,
ażeby tutaj po moim pobycie
żaden nie został ślad.

Usunąć wszystkie odciski palców,
usnąć na chwile pośród martwych,
tuż przed snem z twarzy zetrzeć jednym gestem
ostatnią twarz.

Wyśnić znikanie, redukcję dokładną,
pierzchające kolory, pozostawić na dnie
jeden jedyny wyraz. Z nim to z martwych
po chwili wstać.

z "Powiedzieć to inaczej" WBPiCAK Poznań 2011





16.07.2014

In this game of survival there's too many rivals

wiersz nader sympatyczny

chłopcy z moich okolic z durnymi ksywami,
na zdjęciach sprzed kilku lat poprawiają włosy.
oryginalni inaczej, z pretensją do życia,
co im tak zapierdala, że nie zdążą zdążać.

chłopcy z mojej dzielnicy, z byłymi żonami,
z aktualnymi dziećmi, starym samochodem
śmigają the road to hell szukając miłości
między nogami córek nieobecnych ojców.

chłopcy z tanich dyskontów, kuszących promocji
po piętnaście za miesiąc szukają miłości.
wolny zawód, tak wolny, że nic się nie dzieje
tylko singiel Celine Dion albo ESKA TV.



MG 16.07.2014


12.07.2014

The skies they blink at me


trzydzieści trzy razy trzy (bo do trzech razy sztuka)

ci, co przychodzili nocą pojawili się w dzień,
wołali: baw się z nami, przynieśli skakankę
lecz kręcili zbyt mocno, zbyt szybko uciekał
czas, co jak brudna szmata owinął się ciasno,

cuchnął uryną i potem, utknął kneblem w ustach.
ci, co przychodzili nocą pojawili się w dzień
skacz - wołali - wysoko, nie bądź frajer i skacz
nie bój się, nie zaboli, aż do utraty tchu.

Filipowi (1982-2014)




09.07.2014

MURAKAMI raz jeszcze


fragment:y

[...] - Mam zamiar rozmawiać z tobą tak szczerze, jak to tylko możliwe - powiedział.
Zabrzmiało to jak dosłowny cytat z jakiegoś oficjalnego dokumentu. Dobór słów i składnia poprawne, ale żadnego uczucia.
- Szczera rozmowa to jednak nie to samo, co mówienie prawdy. Związek pomiędzy szczerością, a prawdą jest taki, jak miedzy dziobem, a rufą łodzi. Najpierw pojawia się szczerość, a dopiero na końcu prawda. I czas, który je dzieli jest proporcjonalny do wielkości łodzi. Dlatego prawda na temat rzeczy wielkich staje się widoczna dopiero po bardzo długim czasie. Niekiedy pojawia się dopiero po naszym życiu.[...]

[...]Wszystkie moje ubrania są niemodne, a moje płyty to antyki. Nie posiadam ani sławy, ani społecznego zaufania, ani seksapilu. Nie mam też żadnego talentu i nie jestem zbyt młody. Często mówię coś głupiego i potem tego żałuję. Używając pana słów, jestem przeciętnym człowiekiem. Czy mam coś do stracenia?
Jeśli mam, prosze mi powiedzieć co?[...]


Haruki Murakami "Przygoda z owcą" Wydawnictwo MUZA 2013 przekład Anna Zielińska - Elliott




05.07.2014

z życia polskiej poetki współczesnej 1


Piątek, a wiadomo, że w piątek normalnie być nie może, więc piątkowo było już od rana, gdy do kawy poczytałam fejsa, Szczególnie piękną historię o szczęśliwym małżeństwie, w której (historii) ona umarła na raka, więc on się powiesił. Z tego wszystkiego po wyprasowaniu odzienia wyjęłam wtyczkę od żelazka razem z gniazdkiem, ale nic to, bo w końcu eks małżonką zawodowego elektryka będąc - gniazdko przykręcić, uziemić itp rzeczy potrafię, tylko gdzie do jasnej cholery podział się śrubokręt, skoro zawsze był?! Przypomniałam sobie, że go ostatnio używałam, hmm tylko do czego? (a gniazdko na kablach wisi i straszy, dziura zieje), przeszukałam wszystko co mogłam, znalazłam owszem, w przyborach do szycia (sic!). Przykręciłam, sprawdziłam, prąd jest. Przyodziawszy się w wyprasowane, zmuszona byłam udać się w miasto, w celu "załatwienia sprawy". Niewiele myśląc odpaliłam środek lokomocji rowerem zwany i ruszyłam, przejechałam 100 m, czuję, ze coś nie gra, bo gapi się na mnie idący drugą stroną ulicy wydziarany ziom i dziwnie się uśmiecha. myślę - no piątek, no rano, no dobra. Jadę dalej, dwa samochody na mnie zatrąbiły, zestresowana patrzę czy pod prąd nie jadę, a kierowcy się gapią z bananem na pysku. Kurde?! Pewnie się - jak to ja - czymś upaprałam przy śniadaniu. Jadę dalej, muszę nagle gwałtownie hamować i tu oto okazuje  się co ich tak bawiło. Otóż przyzwyczajona ostatnio do tego, że nie chodzę tylko jeżdżę nie pomyślałam, ze jazda w spódniczce mini na rowerze to tak raczej nie bardzo, W ogóle jakoś nie myślałam. 
Taka sytuacja. No nic, skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, Dojechałam nerwowo obciągając spódnicę jedną ręką, drugą prowadząc i usiłując nie rozjechać wszystkiego po drodze. Podejrzewam, że sporo Poznańskich kierowców miało niezły ubaw. 
Co działo się w pracy, to już nawet nie chce mi się gadać - totalny Mordor. W drodze powrotnej, przed marketem Lidl będąc uprzejmą próbowałam puścić przodem harleyowca, a on się uparł, żeby mnie przepuścić i tak staliśmy jak debile, Oczywiście w końcu ruszając razem mało byśmy się nie pozabijali, ale przynajmniej nawiązał się całkiem miły dialog, że ja na rowerze on na motorze, ja że motory owszem, ale jednak ścigacze, on, że nie wiem, co tracę, On poszedł na dział alkoholowy, ja na warzywny, bo dobre bakłażany mają. Ok z dwiema siatami na kierownicy wracam powoli do domu, już niedaleko, już za chwileczkę już za momencik, Dobijam do bramy, szukam w torbie klucza, który (analogicznie do śrubokrętu) przecież kurwa mać gdzieś tu był! Szukam, nie wymienię, co z torby wyjęłam bo wstyd. 
Już mam czarną wizje, że nie wzięłam, że w pracy zostawiłam, że mogiła (dziecko 150 km od domu), że ja przez płot owszem, siaty owszem, ale rower? Że przyjedzie miły pan policmajster na motorze i mnie oskarży o włamanie na własną posesję? 
Uff znalazłam. otworzyłam drżącą ręką, wturlałam się z tym całym majdanem. 


Jesu! Piątek! Wolny weekend! PRZEŻYŁAM!

 


01.07.2014

rondo



jestem mokry jak zwierzyna łowna, jak jebany bażant smutku
                                                                 
                                                                           Jakub Sajkowski


łzy deszczu kapią na parasol naszej miłości,
gdy wciąż mijam te same domy i ulice jak ujścia,
wylotówkę na Dakowy Mokre, w których ciotka
hodowała króliki i świnie. mogłam bez obaw

przeciągać dłonią po bezbronnych karkach,
karmić i patrzeć do woli na króliki i świnie,
miłość i śmierć, a łzy deszczu kapią
na parasol naszej miłości. kręcę się w kółko,

jest rzeźnia, obora, albo nawet chlew. jest
zawrót głowy i pręty klatek i jest krzyk,
bo zawsze coś krzyczy, zawsze ktoś otwiera
i zamyka, ktoś kręci, a łzy deszczu kapią.


MG 07.2014






trzy wiersze na lipiec


TOMASZ PIETRZAK


Ujęcie 1

Tam wciąż jest Kaufhaus -
żywy, czerwony,
a we mnie smak metalu.
Pora przetopu w toku
i wszystko idzie ku gorącu.

Lato. Mówią o piekle;
przekonuję, że to od huty bije.

Za chwilę noc,
a z nią druga zmiana
wyjdzie z domów.
Znam wszystkich,
 którzy idą w kolumnie -
coraz mniej, coraz starsi.
Rdza unosi się w powietrzu.
Tłoki są głośniejsze
niż w dzieciństwie.

Opisuję to
na ostatnią chwilę.


Ujęcie 6

Moje domy i cegły,
na których pisało się imiona i kurestwa.
Moje domy i ich okna,
w których białe gardiny żeby nie widzieli.

Mój jeden mieszkaniec
ich domów, sprawca wojen na kije,
generał klopsztangi, major hasioka.
Jak tylko wyrośliśmy z armii,
wrośliśmy w siebie
i tak dwadzieścia lat w pokoju
w tle Huty Pokój.

Ten ich dom wchłania,
jak wchłonął innych przed nami.
To stąd ciepło, to stąd dobry sen.


Ujęcie 7

Drzew na ulicy niewiele, więcej na tyłach.
Korzenie nie są splecione i usycha wszystko
co wystaje. To nie pierwszy odprysk farby,

nie pierwsi ostatni lokatorzy. Nie ma już sił,
żeby to cerować. Pieroński krawiec wyjechał,
a z nim jego dzieci, złote rączki i robota.

Fin.
I zamykamy peleton. Dokąd się to rozpada,
dokąd znika? Zobaczymy, zobaczymy.


z tomu "Umlauty" Wydawnictwo FORMA. Fundacja Literatury im. Henryka Berezy
Szczecin, Bezrzecze 2014


30.06.2014

a propos wychodzenia z zakrętu


MARIA PAWLIKOWSKA - JASNORZEWSKA

List

Ktoś list dostał. Komuś serce bije.
Idzie czytać pod kwitnące jabłonie.
Czyta. Chwyta się ręką za szyję
i dno traci, i w powietrzu tonie.


Listy

Pani traci już wszelką powagę:
Czyha w bramie na listonosza!
Patrzy smutno, uśmiechem go błaga
jak ranny leżący na noszach.

Dni tej pani bez listów toną,
idą na dno w żalu bez granic...
aż się dziwi zmartwiony listonosz:
"ja bym tam napisał do pani"...


Listy

Do pieca, miłosny zeszycie!
Do pieca, listy - stos cały!
A żeście z ognia powstały,
więc w ogień się obrócicie!


z tomu "Poezje" Wydawnictwo SPES Kraków 1999